Dupa, kupa, siku, czyli o superśmiesznych żartach przedszkolaka

0

Ważna rodzinna uroczystość. Nagle, ni z gruchy ni z pietruchy Dziedzic, tonem nie znoszącym sprzeciwu, domaga się, by wszyscy zamilkli. – Mam coś ważnego do powiedzenia – oznajmia, każąc wyłączyć telewizor i wstrzymać wszystkim oddechy. W końcu nastaje cisza jak makiem zasiał. Dziedzic bierze głęboki oddech, po czym mówi do siostry – „M! A powiedz (tu na moment zawiesza teatralnie głos)…

…a powiedz…

…DUPA!”

Może i bym zachowała resztki powagi i spróbowała się nie zaśmiać, ale gdy zobaczyłam, jak moja mama omal nie spada z krzesła, poległam. Żarcik wyśmienity,  sami musicie przyznać…A więc tak – nastał u nas – w domu opanowanym przez 4,5-latka – czas „dupy, kupy i siku” odmienianych przez wszelkie przypadki, czasem też pieszczotliwie zdrabnianych („Zaraz, dupeczko!” – powiedział ostatnio do swojej pani logopedki). Faza fekalna trwa już ładnych kilka (kilkanaście?) tygodni i końca nie widać. Z rozmów z innym rodzicami wiem, że „zachorowało” na nią pół przedszkola. Znaczy się – taka norma rozwojowa.

Czy mi to przeszkadza? Nieszczególnie. Pewnie, wolałabym rozmawiać o pogodzie czy ruchach tektonicznych ziemi, ale kupa to dla mnie temat jak każdy inny. Ani dobry, ani zły. Czasem dupy i kupy puszczamy mimo uszu, czasem ciągniemy wątek, sprowadzając go na tory „naukowe” i tłumacząc, że wydalanie nie jest niczym szczególnym w świecie przyrody. Ostatnio w szatni przedszkolnej poprosiłam tylko, by – jak już koniecznie musi mówić dupa kupa siku – starał się tego nie robić tego w obecności innych dorosłych, bo mogą się czuć zmieszani, zniesmaczeni lub poczuć silną potrzebę reprymendy, a tego pewnie i on, i ja byśmy nie chcieli.

Cóż pozostaje? Chyba tylko cierpliwe czekanie, aż faza minie, choć…jak rozglądam się po znajomych (niekoniecznie facetach, ale zdecydowanie wiodą prym), widzę, że czasem nie przechodzi nigdy ;-)

Mam też na oku dwie książki pozostające ściśle w temacie. Planuję je sprezentować na Dzień Dziecka – jak się bawić, to się bawić! Pozycja nr jeden to „Mała książka o kupie” Pernilli Stalfeld. Uprzedzam – z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu, choć my kupujemy tę estetykę i narrację w stu procentach („Mała książka o życiu” tej samej autorki to u nas jeden z hitów). Przewrotnie, z humorem (często na granicy smaku), momentami absurdalnie Stalfeld prowadzi przez świat kup, bąków i biegunek, zahaczając o toaletę, wychodek oraz…uprawę truskawek, które przecież lubią żyzną glebę.

147ee5ab-3951-4e8c-a9c1-5672d78161dc

Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko, że nie tak dawno książka wywołała…skandal w jednej z wrocławskich szkół podstawowych. Dyrekcja, zniesmaczona faktem, że publikację przyniosła jedna z uczennic, wystosowała do rodziców apel, by zwracali uwagę, co ich dzieci pakują do tornistrów. „W ocenie mojej i psychologa to książka, której nie należy czytać publicznie. Dzieci są różne, w różnym wieku, z różną wrażliwością i są to tematy, które powinny być omawiane w domu, w serdecznej atmosferze, a niekoniecznie w szkole” – tłumaczyła dyrektorka…Pozwolicie, że nie skomentuję ;-)

Druga książka rozwija „obrzydliwą” tematykę i jest interaktywna (czyli ma okienka i różne wyciągane bajery). Ile smarków połykamy w ciągu roku? Ile bąków puszczamy w życiu? Czy niektórzy ludzie naprawdę płuczą usta sikami? O tym wszystkim można przeczytać w „Bekach, smarkach, pierdach”. Chcieliśmy ją kupić już jakiś czas temu, ale była niedostępna. Teraz znów się pokazała, więc wkładam do wirtualnego koszyka i jak tylko dotrze, zdam Wam relację.

Jedno jest pewne – będzie kupa śmiechu!

Udostępnij

Zostaw komentarz

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.