Nie „terrorysta”, a zagubiony maluch. Nie skupiaj się na zachowaniu dziecka – dostrzeż jego emocje

0

Dlaczego dyscyplina i posłuszeństwo jest przereklamowane i co zrobić, by porzucić myśli, że „dziecko wejdzie nam na głowę”? Między innymi o to pytałam Gosię Stańczyk w pierwszej części wywiadu. W drugiej rozmawiamy o tym, na czym warto budować  współpracę z dzieckiem.

>>>Kliknij i przeczytaj pierwszą część wywiadu z Gosią Stańczyk<<<

Mówiła Pani, że współpraca to relacja, w której obie strony są równie ważne, mimo różnego wieku i różnej odpowiedzialności. I że można dziecko do współpracy jedynie zaprosić, nie da się go do niej zmusić. Jak skutecznie zapraszać?

Tym, co służy współpracy jest właśnie takie widzenie dziecka – jako odrębnej, autonomicznej osoby. Sprzyja jej też zakładanie dobrych intencji dziecka. Ale kawał pracy jest do zrobienia w nas samych – rodzicach. Ważne, żeby rodzic sam wiedział czego chce, czego potrzebuje, o co mu chodzi. A to wymaga nawiązania kontaktu ze sobą samym – z emocjami, potrzebami, z sygnałami płynącymi z własnego ciała.

Mówi pani, że kawał pracy jest do zrobienia w nas samych. Jaka to praca?

Dzieci chętnie podążają za dorosłymi, którzy są autentyczni, czyli wiedzą czego chcą i czego nie chcą, i jasno to pokazują. Oczywiście, podążają na tyle, na ile pozwalają im ich możliwości w danej chwili. Zdarza się też, że dzieci odmawiają zrobienia czegoś, ale nie na złość, ani nie dlatego, że rodzic nie jest autentyczny, ale chcą zadbać o coś innego, co jest dla nich w danej chwili ważne. Myślę tu o dziecku, które nie chce odłożyć książki i iść spać. Ono jest czymś pochłonięte, zaangażowane, chce skończyć rozdział, dowiedzieć się co będzie się dalej działo, a może chce po prostu samo zdecydować o tym, kiedy skończy czytać. Sprawdzenie z dzieckiem, o co mu chodzi, wysłuchanie go, może sprawić, że lepiej to zrozumiemy. Bycie wysłuchanym robi też w dziecku miejsce na to, by dostrzec i wysłuchać rodzica – z jego zmęczeniem, chęcią zadbania o dziecko, troską o kolejny poranek.

Bycie wysłuchanym robi też w dziecku miejsce na to, by dostrzec i wysłuchać rodzica – z jego zmęczeniem, chęcią zadbania o dziecko, troską o kolejny poranek

Przykład, który Pani podała, wydaje się łatwy – najwyżej dziecko się nie wyśpi i rano będzie zmęczone. Co z młodszymi dziećmi? W ich przypadku wysłuchanie nie pomoże.

Łatwy, bo jest o książce. Jak by był o grze komputerowej, to już rodzicowi trudniej to tak widzieć, a te sytuacje niewiele się różnią. Jaką sytuację z młodszym dzieckiem ma Pani na myśli?

Weźmy na warsztat klasykę gatunku – zrozpaczonego dwulatka, który jeszcze nie umie powiedzieć, co go tak rozwścieczyło. Wrzućmy go, żeby było trudniej, w przestrzeń publiczną – np. plac zabaw z licznym gronem obserwatorów. Co wtedy?

To mamy dziecko, które potrzebuje pomocy i które na dodatek jest tak rozregulowane, że trudno mu te pomoc przyjąć. Najlepsze, co możemy zrobić, to być. Być przy nim, ze świadomością, że to mały człowiek, któremu jest bardzo trudno. Jeśli to sytuacja z tupaniem, piszczeniem, kładzeniem się na ziemię i innymi fajerwerkami, to znaczy, że to, co się dzieje, przekroczyło możliwości radzenia sobie dziecka. Jest to związane z niedojrzałością jego układu nerwowego. Lubię myśleć o takich dzieciach, że przepaliły im się bezpieczniki – taka awaria. Teraz, przy trzecim dziecku, pewnie bym dała radę towarzyszyć mu wśród tych gapiów i komentarzy. Przy pierwszym zdarzało mi się wziąć z łagodnością pod pachę i zabrać w miejsce, w którym będę w stanie pomóc. W takich sytuacjach potrzebny jest czas, łagodność, obecność i… czasami jeszcze więcej czasu!

Jeśli to sytuacja z tupaniem, piszczeniem, kładzeniem się na ziemię i innymi fajerwerkami, to znaczy, że to, co się dzieje, przekroczyło możliwości radzenia sobie dziecka. Jest to związane z niedojrzałością jego układu nerwowego. Lubię myśleć o takich dzieciach, ze przepaliły im się bezpieczniki – taka awaria

OK, powiedzmy że w przypadku dwulatka jeszcze łatwiej nam to znieść. Ale im dziecko starsze, tym mamy większe oczekiwania. Umawiamy się z czterolatkiem, że w sklepie wybierze sobie jedną rzecz. Wychodzimy, na miejscu dramat – ono chce pięć. I afera gotowa.

Ooo, czuję ten ból. Umowy z dziećmi to w ogóle delikatny temat. Po pierwsze często te umowy są tak zawierane, że dziecko może albo się zgodzić albo nie pójść. Czyż nie? A po drugie, czterolatek może bardzo serio postanowić, że kupi jedną rzecz, a potem wchodzi w otoczenie, nad którym pracowało wielu specjalistów…Na wysokości jego oczu są ustawiane przedmioty z reklam, w szeleszczących papierkach, w kolorach które mają potęgować pragnienie ich posiadania. I już nie potrafi się ograniczyć do jednej rzeczy i czuć z tego rozwiązania satysfakcji. To nie oznacza, że mam mu to wszystko kupić. To jest pewnie dla wielu rodziców miejsce na odmowę, na powiedzenie: słyszę jak bardzo chcesz. Kupię Ci jedną rzecz. Odmowa może wywołać frustrację, to naturalne. Przyjęcie dziecka z tą reakcją jest trudne, ale bardzo cenne. Ta złość i frustracja są etapem radzenia sobie ze stratą. U dorosłych objawia się to czasem głośnym westchnięciem, zmarszczeniem czoła, przekleństwem rzuconym pod nosem – potem idziemy dalej. U dzieci wygląda bardziej spektakularnie, a to dlatego, że dzieci dopiero uczą się regulacji emocjonalnej. Więc jeśli chcemy, mówimy „nie” i stawiamy czoła frustracji. Nie wypominając umowy, nie sycząc, że ostatni raz zabraliśmy dziecko do sklepu. Choć, swoją drogą, może to być całkiem niezły pomysł w pewnych momentach rozwoju.

Wspomniała pani o rzeczach, które ułatwiają współpracę – m.in. byciu autentycznym. Co jeszcze przybliża nas do sukcesu, jakim jest dobra, bliska relacja z dzieckiem?

Powiedziałabym jeszcze o dwóch rzeczach. Pierwszą z nich jest zadbanie o to, żeby zanim powiemy, o co nam chodzi, nawiązać z dzieckiem kontakt. To taka podstawowa sprawa, o której zapominamy. Czyli: najpierw przywitać się, zainteresować się, usłyszeć, dostrzec dziecko, a dopiero potem szukać sposobu na to, jak zadbać o to, co dla nas w tej chwili ważne. I druga: starać się uwzględniać perspektywę dziecka, jego chęć samostanowienia, jego opinię i pomysł na działanie. Im więcej kontroli i nacisku, tym łatwiej o walkę, im więcej uwzględnienia i dialogu, tym większa szansa na współpracę.

Im więcej kontroli i nacisku, tym łatwiej o walkę, im więcej uwzględnienia i dialogu, tym większa szansa na współpracę.

No dobrze, a czego w takim razie nie robić?

Współpracę utrudnić może skoncentrowanie na własnym celu. Gdy wciąż jesteśmy przy tym, czego oczekujemy, by się wydarzyło, bardzo trudno nam widzieć dziecko. Czasem nawet angażujemy się w pozorne wysłuchanie dziecka, czasem pytamy go „co Ty na to?”, gdy w rzeczywistości wcale nie rozważamy nawet tego, by przyjąć jego ewentualną odmowę albo uwzględnić jego pomysł rozwiązania problemu. Dobrze wiedzieć, czego chcemy i jest to sprawa podstawowa, ale gdy już mamy tę jasność, warto na chwilę to zostawić i skoncentrować się na dziecku.

Drugą rzeczą, która utrudnia porozumienie, jest zatrzymywanie się na zachowaniu dziecka, czyli na tym, co ono robi czy mówi. Dziecięce zachowania lubię czytać jako komunikaty o tym, co się w nim ważnego dzieje. Najważniejsze jest dla mnie to, co pod zachowaniem: intencje, emocje, potrzeby.

Często w bijącym trzylatku widzimy „terrorystę”, a nie małe dziecko, które nie radzi sobie z emocjami.

Czasem widzimy terrorystę, czasem agresora i zagrożenie. A to wciąż nasz mały chłopczyk, któremu brakuje jeszcze sposobów, by werbalnie wyrazić z czym mu tak źle.

Książki polecane przez Gosię: Dziecko z bliska, Agnieszka Stein; Potrzebna cała wioska, Agnieszka Stein, Małgorzata Stańczyk; Twoje kompetentne dziecko, Jesper Juul; Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami, Małgorzata Musiał; Mów, słuchaj, zrozum, Petra Kranz Lindgren; W sercu emocji dziecka, Isabelle Filliozat

Udostępnij

Zostaw komentarz

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.