Data publikacji:

Poranek świra. Co zrobić, by zmobilizować dzieciaki (i siebie!) do sprawniejszego wychodzenia z domu?

Autor: Justyna Mazur

Rano nasz dom to dom wariatów. My, starzy, pędzimy półprzytomni przed siebie, jedną ręką próbując ogarnąć gotującą się jaglankę, a drugą wycierając gile dzieciom/prasując/szykując torbę do pracy, oni, młodzi, zawsze znajdują milion rzeczy lepszych do robienia niż nudne ubieranie czy jedzenie - ot, choćby bicie albo przedrzeźnianie rodzeństwa. Aaaaaa, ratunku, niech mnie ktoś przytuli i zaniesie od razu do popołudnia!

Dziedzic ledwo daje się wyciągnąć z łóżka i niemal zawsze w dzień wchodzi lewą nogą. Trzeba go porządnie opatulić w koc, znieść na dół i ojojać - wtedy jako tako zaczyna funkcjonować, choć przebąkuje o tym, że świat jest zły a poranne wstawanie powinno być karalne. Siostra Dziedzica biega w tym czasie jak oszalała i za nic w świecie nie chce ściągnąć piżamy (ma słodkiego królika na przodzie, sami rozumiecie), a jak już jakimś cudem do tego przekonam, to stoi przed szafą i nie może się zdecydować, czy dziś dzień spódnicy tiulowej czy sukienki z kotkiem (albo obu na raz, a co!). Wybór, dodajmy, nierzadko poprzedzony jest gigantyczną aferą - a dwulatek, jak wiecie, potrafi!

Ja w biegu dopijam kawę i nerwowo spoglądam na zegarek, a później staję przed szafą, sięgam po pierwszą rzecz z brzegu, i - ta-dam - jestem gotowa. Bez mejkapu, rzecz jasna, za to z fakapem, bo od jakiś kilkunastu minut wiem, że po raz kolejny w tym tygodniu się spóźnię do pracy.

Dzisiaj, po kolejnym westchnięciu szefa połączonym z wymownym zerknięciem na zegarek, powiedziałam: BASTA!

I rzuciłam się w odmęty internetu, by znaleźć garść cennych porad, jak uporządkować nieco te nasze zwariowane poranki. Zobaczcie, co znalazłam i co od jutra - no, może od pojutrza - zamierzam wprowadzić:  

  • Stawiamy zegarek w łazience. W widocznym miejscu. To dobry patent, bo pozwala na kontrolowanie czasu w miejscu, w którym tracimy go najwięcej
  • Wstajemy przed dziećmi i ogarniamy siebie - od A d o Z (no dobra, na początek może być do M - M jak makijaż ;-)) Dopiero umyci i odziani(oraz  szczęśliwi, że tak sprawnie wszystko idzie), budzimy dzieci.
  • Dalej budzimy dzieci - zrywanie "kordły" to ostateczność. Najpierw próbujemy buziaków i przytulasków, a kiedy one nie działają, jakiejś fajnej zabawy - np. w wyścigi, kto pierwszy dobiegnie do łazienki.
  • Przygotowywujemy składniki na śniadanie dzień wcześniej. U nas jesienią najczęściej jest jaglanka. Gotowanie jej wieczorem nie ma sensu, bo świeżo zrobiona jest znacznie lepsza, ale mogę np. dzień wcześniej uprażyć jabłka. Zawsze to 4-5 minut w kieszeni
  • Przygotowujemy ubrania dzień wcześniej. I dla siebie, i dla dzieci - szczególnie jak mają fantazję i chcą ubierać tiul do kreszu; Podobnie robimy z własnymi torbami czy plecakami dzieci. Rano, w chaosie, ciężko będzie o wszystkim pamiętać