O tym, jak najbrzydszy miś świata został przyjacielem mojego dziecka

0

Nienachalny z urody, poprzecierany tu i ówdzie, niegdyś biały, dziś poszarzały i wyraźnie zmęczony życiem…A jednak – skradł serce Dziedzica dwa lata temu i ciągle ma w nim swoje honorowe miejsce. Poznajcie Zdzisia – przyjaciela mojego syna.

Owszem – można się snobować i wydawać na maskotkę krocie – by była designerska, najpiękniejsza i pasowała do zasłon i piżamy. Przy pierworodnym miałam nawet taki pomysł, choć ostatecznie stanęło na tym, że z armii pluszaków, którymi zostaliśmy zawaleni po narodzinach, wybrałam najpiękniejszego, wartego z pewnością kilka dych, i szepnęłam do ucha Dziedzicowi: popatrz jaki fantastyczny, od dziś się zakumplujecie! Zabierałam szarego, puchatego tygryska na każdy spacer (ładnie prezentował się w wózku!), dawałam do drzemki i chuchałam, i dmuchałam.

I co? Nie zakumplowali się nigdy. Dziś myślę, że to była lekcja nr 1 po tytułem – nigdy nie wybieraj przyjaciół swoim dzieciom ;-)

Gdy Dziedzic dorósł na tyle, by świadomie pokochać jakąś zabawkę – a było to kilka miesięcy przed trzecimi urodzinami – mimo moich wcześniejszych starań, nawet nie spojrzał na mięciutkiego, ślicznego tygrysa znanej marki. Zamiast niego wybrał tę mizerotę made in china, otrzymaną na zakończenie żłobka, wciśniętą gdzieś w kąt, o mocno dyskusyjnej urodzie, z zielonym szaliczkiem, choć był upalny czerwiec. Miś szybko został Zdzisiem (nie pytajcie dlaczego – do dziś nie udało mi się tego ustalić) – nieodłącznym kompanem i towarzyszem doli i niedoli. Jeździ z nami na wakacje, codziennie melduje się w przedszkolu, ma też swoje miejsce przy stole.


Choć, gwoli ścisłości, to jest to Zdziś Dwa, bo Zdzisia Jeden kiedyś zgubiliśmy…W popłochu przeszukaliśmy wtedy cały internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu takiego samego egzemplarza, odwiedziliśmy kilka sklepów z zabawkami, rozwiesiliśmy ogłoszenia, rozpytywaliśmy przechodniów. Na nic się to zdało – Zdzichu przepadł jak kamień w wodę. Na szczęście jedno z nas wpadło na pomysł, by zadzwonić do żłobka i zapytać, czy przypadkiem jakiś egzemplarz im się nie ostał. I był! W ten oto sposób Zdzichu Dwa – tak samo brzydki, ale tak samo kochany – zawitał w naszym domu. Od tej pory pilnujemy go jak oka w głowie, a przy każdym wyjeździe i wyjściu upewniamy się, czy „Leci z nami Zdzichu”. Śmiem twierdzić, że bez niego – choć poszarzały i lata świetlności ma dawno za sobą – życie naszej rodziny nie byłoby takie samo ;-)

A Wy? Też macie swojego Zdzisia? Jest pluszakiem jak z żurnala, czy – tak jak nasz – nie grzeszy urodą?

Udostępnij

Zostaw komentarz

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.