O pożytkach płynących z tablic motywacyjnych

2

Permanentna inwigilacja, czy sposób na niesfornego, małego człowieka? Przeczytałam ostatnio na fejsie burzliwą dyskusję na temat domowych tablic motywacyjnych, a kiedy zapytałam o nie zaprzyjaźnioną pedagog, opowiedziała mi taką historyjkę…

Oczy naszych gości już od progu przykuwa wielka, kolorowa tablica motywacyjna z moim imieniem. Wymyślił ją mój mąż, bo zauważył, że jak dostanę nagrodę, jestem milsza w obejściu. Na mojej tablicy wpisał kilka moich obowiązków – na przykład bycie miłą i pogodną, grzeczne chodzenie spać (kiedy on gasi światło), gotowanie obiadów, wstawianie i wieszanie prania, dbanie o mir domowy, nieuleganie burzom hormonalnym. Gdy dobrze, w jego ocenie rzecz jasna (a musicie wiedzieć, że jest sędzią sprawiedliwym i nieomylnym!), wywiążę się ze swojego zadania, mogę sobie przykleić żółtą, uśmiechniętą buźkę. Gdy jednak coś pójdzie nie tak, buźka się wykrzywia i zamienia na czarną. Na szczęście mąż to łaskawca i czasem przymyka oko – choć powinien dać wykrzywioną, daje zdziwioną, czerwoną – to znak ostrzegawczy, że powinnam bardziej się starać. A teraz najlepsze! Za dwadzieścia wesołych buziek mogę wyjść na kawę z przyjaciółką!

smiley-1041796_960_720

Dzięki tablicy jestem super zmotywowana i pilnuję się – wiem bowiem, że jestem bacznie obserwowana i rozliczana z każdego gestu i ruchu. Nauczyłam się już nawet panować nad nagłym wzruszeniem i wybuchami gniewu – wiadomo, faceci nie lubią łez i krzyku. Od momentu, gdy zawisła tablica, lepiej też jem – grzecznie wszystko pakuje do buzi (choć czasem nie jestem głodna, ale trudno) i nie zapominam po sobie posprzątać (nie chce ryzykować zdziwionej buźki, rozumiecie). Kocham swojego męża i jestem bardzo mu wdzięczna, że potrafił nade mną zapanować (powiem Wam w sekrecie, czasem już sama ze sobą nie potrafiłam wytrzymać). Już nie mogę doczekać się kolejnej kawy!

I tylko czasem przeszkadza mi, że każdy, już od progu, widzi, czy byłam miła i grzeczna, czy po sobie sprzątałam i się uśmiechałam. Na początku czułam się też jak w korporacji, ale mąż, który lepiej wszystko wie, bo jest starszy i mądrzejszy, wytłumaczył mi, że teraz tak funkcjonuje świat i że muszę się przyzwyczaić do ciągłych ocen. Niestety, czasem zupełnie tracę motywację. Wyobraźcie sobie, że kiedyś przez tydzień nie gotowałam. Skrzywionych buziek przybywało i kiedy już wiadomo było, że i tak nici w kawy w tym tygodniu, zupełnie sobie odpuściłam. I tak marna ze mnie kucharka, no bo jaka dobra kucharka pozwoliłaby sobie na siedem skrzywionych buziek pod rząd?

Wtedy do akcji wkroczył wspaniały ON, czyli mąż. Obiecał, że za dwadzieścia buziek będzie nie tylko kawa, ale i wizyta w spa! Jak na skrzydłach poleciałam do kuchni! Wspomniał też coś o tym, że niebawem, jak w miesiącu uzbieram sto wesołych buziek i ani jednej skrzywionej, zabierze mnie na kolację. Ale mnie kocha, prawda?

Hm, cóż by więcej pisać…Moje stanowisko już znacie. A jakie jest Wasze? Napiszcie w komentarzach!


Udostępnij

2 komentarze

  1. Dzięki za ten tekst! Pokażę go mężowi, który ostatnio od kumpla usłyszał o „cudownym działaniu” takiej tablicy w przypadku swojego 3-latka. Jak dla mnie to kompletna porażka i niemoc rodzicielska. Teraz mam świetny argument

Zostaw komentarz

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.