Ratunku! Teściowa próbuje wychowywać moje dziecko (i nas!)

0

Pierwsze dzieci wychowywaliśmy bez udziału dziadków; Zazdrośnie patrzyliśmy na znajomych, którzy w każdej chwili mogli liczyć na pomoc swoich rodziców. Ale gdy przyszedł na świat Młody, raj i dla nas był na wyciągnięcie ręki – babcia K. przeprowadziła się do nas i zajęła wnukiem, a my spokojnie wróciliśmy do pracy. Sielanka trwała pół roku. A właściwie pierwsze trzy miesiące. Kolejne trzy to była już prawdziwa obrona Częstochowy. TEKST: Katarzyna Berg

Babcia K. pojawiła się u nas pełna radości i pasji. Cieszyły ją spacery (ja ich nigdy nie lubiłam, więc wiecie, kamień z serca), nowe znajomości z innymi babciami i nianiami, wreszcie – gotowanie, bo to uwielbia ponad wszystko. W dodatku miała swój pokój, więc nie gnieździliśmy się wszyscy razem; wydawało się, że lepiej być nie może.

Babcia kochała podopiecznego jak własne, gotowała, robiła zakupy, a nawet…sprzątała. Wszystko za free, bo przecież „grosza od własnych dzieci nie wezmę”. Wdzięczność nasza rosła z dnia na dzień, więc wymyślaliśmy przeróżne sposoby zrewanżowania się Złotej Kobiecie: a to weekend w spa, a to kino, a to nowy ciuch, książka, cokolwiek, by miała poczucie, że naprawdę doceniamy to, co dla nas robi.

Wdzięczność była tak wielka, że gdy koleżanki czasem wpadały i mówiły: ”oj, masz trochę inaczej poustawiane w kuchni”, to burczałam na nie mówiąc, że skoro ktoś tak się poświęcił, to trzeba mu stworzyć takie warunki, by czuł się jak u siebie! Niech zatem babcia przestawia sobie cukier, ekspres do kawy, a nawet likwiduje  naklejki na piekarniku (przy ich pomocy umawialiśmy się na różne rzeczy) – skoro wg niej wywołują chaos.

Wdzięczność odczuwaliśmy nawet wtedy, gdy Babcia K. nakarmiła Młodego mlekiem, choć lekarz kazał je na jakiś czas odstawić. Żeby jej nie urazić, w okrągłych słowach, niby przypadkiem zaczęliśmy w tonie przepraszającym mówić, że się nic nie stało, że tak tylko nam się przypomniało i że jeśli można to bardzo prosimy, by jednak mleka nie dawała, bo to kwestia zdrowia….I wtedy nieoczekiwanie, w odpowiedzi na tę naszą słowną jogę, usłyszeliśmy: „Bzdura i przesada, chowacie pod kloszem!”. Lekki szok, ale wtedy jeszcze wdzięczność brała górę: ”nie przesadzamy, tylko prosimy, bo mamy kłopot, może rzeczywiście pod kloszem, ale lepiej dmuchać na zimne…itd, itp”.

Wszystko niby wróciło do normy. Babcia wciąż z pasją celebrowała spacery z wnuczkiem i gotowanie, zakupy i spotkania z nowymi przyjaciółkami od wózka, sprzątanie i serwowanie nam pod nos.

Tylko jakoś tak niepostrzeżenie ten ekspres, co to go przestawiła, zaczął irytować. Któregoś dnia nie mogłam znaleźć gumowych rękawiczek. Babcia znalazła je w mig. „Skąd się tam wzięły?”, zapytałam. „Przełożyłam, bo wcześniejsze miejsce było nie do zaakceptowania”! Innego dnia zauważyłam, że Młody dostaje słodycze. Babcia uśmiechnięta wyjaśniła pospiesznie:”nie ma dla dziecka lepszej nagrody niż słodkości, a on tak ślicznie dziś pomagał sprzątać!”.

I tak z każdym dniem dom stawał się jak pole minowe: w MOJEJ szafce ktoś poukładał MOJE ubrania wg kolorów („Bo miałaś tam straszny chaos”!), puzzle Młodego zostały przełożone do pudełka zielonego, choć sam zaplanował, że będzie je chował w czerwonym, mleko było podawane po kryjomu (Młodego, który milczał jak grób, zdradzały bóle brzucha), podobnie jak lizaczki, wata cukrowa, żelki, jogurciki z czekoladowymi groszkami. Czarę goryczy przelała…Delma. Tak, tak, – to wielkie, litrowe opakowanie po margarynie.

Babcia K.  w ramach oszczędności („wasza rozrzutność nie zna granic”!) nie tylko kupowała tańszy tłuszcz, ale dodatkowo każde opakowanie myła i na coś przeznaczała. Dlatego miałam mrożoną pietruszkę w pudełku po masmixie, a  koperek w opakowaniu po zakręcanym jogurcie. Któregoś wieczora weszłam do łazienki i zobaczyłam szczotki do włosów oraz różne inne kosmetyczne przybory w obrzydliwym pudle po Delmie. Bez ogródek zapytałam: „a to co”???. – „No właśnie miałam mówić, że w tych szczotkach to już w ogóle nie wiadomo co do czego, więc uporządkowałam”…

Wtedy wdzięczność się skończyła. W ruch poszły talerze, których miejsce zmienione zostało bezzasadnie, słodycze dla Młodego, tetrowe pieluchy, choć my chętnie korzystaliśmy z jednorazowych, mleko, obiadki, margaryny i cała ta parada rzekomych udogodnień.

Babcia K. uznała, że jej miejsce jest w jej domu. Zgodziliśmy się. Po czasie zapomnieliśmy, ale wciąż nurtuje nas pytanie, jak to z tą wdzięcznością jest, jak ustawić relacje by po jednej stronie była wdzięczność, a po drugiej szacunek dla zasad panujących w domu. A może Wam udało się coś sensownego w tym temacie wymyślić? Dajcie koniecznie znać w komentarzu!

Kliknij i zobacz piękne personalizowane świecące obrazy do pokoju malucha z Pracowni Twórczej Coś Coś

 

Udostępnij

Zostaw komentarz

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.